OCZEKIWANIE
Joseph Conrad
OCZEKIWANIE
CZĘŚĆ PIERWSZA
I
Soczystym czerwonym żarem płonęły frontony marmurowych pałaców skupionych jedne nad drugimi na nieurodzajnej górze, której jałowa grań odcinała się na mierzchnącym niebie widmowym i lśniącym zarysem. Nad Zatoką Genueńską zachodziło zimowe słońce. Wschodnia połać nieba poza wybrzeżem z litej skały była podobna do ciemnego szkła. Pełne morze również robiło wrażenie szkła z polewą purpury, w którym światło gasnącego dnia marudziło, jakby lgnąc do wody. Żagle nielicznych feluk, unieruchomionych gładzią, wyglądały różowo i radośnie w gęstniejącym zmroku. Dziobami wszystkie były zwrócone ku wspaniałemu miastu. Po wewnętrznej stronie mola, zakończonego okrągłą basztą, woda zdawała się czarna. Większy, prostożaglowy okręt, odpływający od miasta i zatrzymany w biegu raptownym sztilem, patrzył w czerwony krąg słońca. Bandera na nim zwisła, co sprawiało, że barw jej nie dało się odróżnić; pomimo to chudy człek w wytartej kurcie żeglarskiej i cudacznej czapce z chwastem na głowie tkwiący tu bezczynnie z ramionami zarzuconymi na komorę lufy ogromnego działa, czającego się wraz z trzema takimiż na platformie baszty, nie zdawał się mieć wątpliwości, do jakiego państwa należał okręt.
Lapidarnie, wyjmując parzygąbkę z ust, nie odwracając nawet głowy, odpowiedział na pytanie młodego cywila w długim płaszczu, w botfortach, o nonszalanckim wyrazie twarzy wyłaniającej się z fałd białego halsztuka.
— Elbijski.
Fajkę wetknął między zęby i zachowywał się nadal nietowarzysko. Elegancki młody człowiek o przyjemnej powierzchowności — był to Cosmo, syn baroneta Charlesa Lathama na Latham Hall w hrabstwie York — powtórzył cicho „Elbijski' i trwał w swym zapatrzeniu na zasztilowany okręt z jego nierozpoznawalną banderą.
Dopiero gdy słońce zapadło za wody śródziemnomorskie, a na nieruchomym okręcie ściągnięto nierozpoznawalną flagę, poruszył się i zwrócił wzrok ku przystani. Najbliżej po zachodniej stronie stał angielski okręt liniowy imponujących wymiarów, zakotwiczony w pobliżu nabrzeża. Jego wysokie maszty sterczały ponad dachy domów, a właśnie ściągnięto z masztu flagowego znak i zastąpiono go latarnią czyniącą dziwne wrażenie śród jasności zmierzchu. Zacierały się w głębi przystani sylwetki statków zgrupowanych dalej. Cosmo powiódł oczyma po kolistej platformie baszty. Nachylony nad działem człek palił fajkę obojętnie.
— Pan jesteś dozorcą tej baszty? — zapytał młodzieniec.
Zagabnięty zmierzył go ukradkowym spojrzeniem i udzielił odpowiedzi nie zmieniając pozy i odzywając się raczej do siebie:
— Teraz to nie strzeżone miejsce. Wojny skończone.
— Czy na noc zamykają wiodące do baszty drzwi? — dopytywał się Cosmo.
— Nad tym należałoby się zastanowić, zwłaszcza pan,
na przykład powinien to zrobić i inni mający zapewniony nocleg w miękkim łóżku.
Młodzieniec pochylił głowę na ramię i popatrzył na niego z półuśmiechem.
— Nie wydaje się, abyś pan o to się troszczył — rzekł. — Tedy wnoszę, że i ja nie mam po co. Póki tu pozostajesz, czuję się bezpieczny. Toć przyszedłem tu schodami za panem trop w trop.
Człowiek z fajką w zębach powstał raptownie.
— Pan przyszedłeś za mną? A po cóż, o święci pańscy!
Młody człowiek przyjął to ze śmiechem jak dobry żart.
— Ponieważ szedłeś pan przede mną. Nikogusieńko nie było widać w pobliżu mola. Zniknąłeś mi raptem. Wtedy spostrzegłem, że drzwi u stóp baszty stoją otworem i poszedłem w górę po schodach na tę platformę. I zdziwiłoby mnie bardzo, gdybym nie zastał tu pana.
Człek w dziwnej, zdobnej w chwast czapce słuchał wyjąwszy z ust fajkę.
— To wszystko?
— Wszystko.
— Nikt, prócz Anglika, nie zachowałby się podobnie — wytłumaczył sobie z przelotnym wyrazem niepokoju na twarzy. — Jesteście narodem ekscentrycznym.
— Nie upatruję nic ekscentrycznego w moim postępowaniu. Po prostu chciałem wyjść za miasto. A molo nadawało się do tego równie dobrze jak każde inne miejsce. Bardzo tu przyjemnie.
Gdy tak stali w milczeniu, jeden naprzeciw drugiego, lekki powiew musnął ich policzki.
— Jestem tylko trwoniącym czas podróżnym — rzekł Cosmo ze swobodą. — Dziś z rana przybyłem w te strony. Rad jestem, że przyszło mi do głowy przejść się tu-
taj, obejrzeć sobie miasto w blaskach zachodu i przyjrzeć się okrętowi z Elby. Nie może ich być dużo. Pan zasię, przyjacielu...
— Mam tyleż prawa trwonić tu czas jak ktokolwiek z angielskich wojażerów... — wtrącił człek śpiesznie.
— Bardzo tu miło — powtórzył młody podróżny, wpatrując się w mroki ogarniające platformę baszty.
— Miło? — podchwycił rozmówca. — Owszem, być może. Ostatnim razem byłem na tej platformie mając zaledwie lat dziesięć. Krągły masywny pocisk wiercił się i grzechotał po całym jej kamiennym bruku. Czynił zdumiewająco dużo zamętu i wydawał się żywą istotą w napadzie furii.
— Masywny pocisk! — wykrzyknął Cosmo, rozglądając się po gładkich flizach, jakby szukając śladu nawiedzenia przez kulą armatnią baszty. — Skąd się tu wziął?
— Wziął się z angielskiego brygu, należącego do eskadry lorda Keitha. Stał zupełnie blisko i otworzył na nas ogień... Bóg raczy wiedzieć dlaczego. Ta wasza zuchwałość! Jeden pocisk z którejś z tych kolubryn — ciągnął dalej klepiąc po wybrzuszeniu ogromnego działa tuż przy nim — wystarczyłby, żeby bryg poszedł na dno jak
